piątek, 14 listopada 2008

Oblicza Marcina

Poznaniacy doceniają Święto Niepodległości podwójnie, pierwszy powód-Niepodległość, po raz drugi ze względu na świeto ulicy Św Marcin i przepyszne rogale świętomarcińskie. O ile ulica, co tu dużo mówić, podupada o tyle rogal ma się świetnie. Już zagubiłam się w statystykach, zjadamy ich 11 listopada 300, 400 ton... kto da więcej ? O kaloriach nie będę wspominać. Ale rogal świętomarciński smakuje zawsze tak samo dobrze i tylko w tym dniu. Miasto w tym roku zrobiło po raz kolejny dużą fetę przy Zamku z okazji Święta i po raz kolejny na prawdziwie jarmarcznym poziomie. No cóż, w końcu nawet prezydentowi bale 11 Listopada nie wychodzą - widać wzorce centrali przenoszone są na lokalny poziom.

Tak wygląda parada niepodległościowa w poznańskim wydaniu:


Mój syn zadał mi pytanie: o co chodzi z tym świetem i kto to jest ten Święty ?

Odpowiedź 1 - wersja dla dzieci: to taki dobry człowiek, który rozdawał jedzenie ubogim i na pamiątkę został patronem reprezentacyjnej (he,he...) ulicy miasta.

Odpowiedź 2 - wersja dla dorosłych, dłuższa i faktograficzna:
Marcin urodził się w 316/317? r. w Sabarii (Szombathely?), na terenie dzisiejszych Węgier. Jego ojciec był rzymskim trybunem wojskowym. Uczył się w Ticinium (Pawia). Mając 15 lat wstąpił do armii Konstancjusza II. Żebrakowi proszącemu o jałmużnę u bram miasta Amiens oddał połowę swej opończy. Następnej nocy ukazał mu się Chrystus odziany w ten płaszcz i mówiący do aniołów: To Marcin okrył mnie swoim płaszczem. Pod wpływem tego wydarzenia przyjął chrzest i opuścił wojsko, uważając, że wojowanie kłóci się z zasadami wiary. Miał wtedy 18 lat. Odwiedził swoich rodziców, których doprowadził do chrześcijaństwa. Następnie udał się do św. Hilarego, biskupa Poitiers, stając się jego uczniem. Został akolitą. Po pewnym czasie osiadł jako pustelnik na wysepce Gallinaria w pobliżu Genui, gromadząc wokół siebie wielu uczniów. W 361 r. założył pierwszy klasztor w Galii - w Liguge. Dziesięć lat później, mimo jego sprzeciwu, lud wybrał go biskupem Tours. Św. Marcin jako pasterz diecezji prowadził nadal surowe życie mnisze, budząc sprzeciw okolicznych biskupów. Klasztory, które zakładał, łączyły koncepcję życia mniszego z pracą misyjną. Sam odbył wiele wypraw misyjnych.Zmarł 8 listopada 397 r. w Candes podczas podróży duszpasterskiej. Jego ciało sprowadzono Loarą do Tours i pochowano 11 listopada. Jako pierwszy wyznawca - nie-męczennik - zaczął odbierać cześć świętego w Kościele Zachodnim. Relikwie spoczywają w bazylice wzniesionej ku czci Świętego. Jest patronem Francji, królewskiego rodu Merowingów, diecezji w Eisenstadt, Mainz, Rotterburga, Amiens; dzieci, hotelarzy, jeźdźców, kawalerii, kapeluszników, kowali, krawców, młynarzy, tkaczy, podróżników, więźniów, właścicieli winnic, żebraków, żołnierzy.

Tak wyglądał w tym roku poznański arcin, na koniu przybył do naszego miasta by defilować po, ponownie o tym wspomnę bo warto to podkreślić, reprezentacyjnej ulicy miasta:

środa, 12 listopada 2008

Królewskie miasto & górskie korony

Cudowny dłuuuugi weekend... Tym razem nawet fakt, że w listopadzie nie przeszkadzał - pogoda była przepyszna. Spędziliśmy 3 cudowne dni na południu - w Krakowie i w Zakopanym, po 6 latach nieobecności. Spodziewałam się nowej odsłony Krakowa, ale w sumie niewiele się zmieniło. Rynek moze trochę odświeżony, poza linią Plant-w zasadzie bez zmian. Reszta widać w przebudowie - na każdej ulicy trwają jakieś prace budowlane, głównie z zakresie trakcji komunikacyjnych. O budynkach - nikt nie myśli, pozostały szare, brudne, odrapane. Jedna zmiana, która rzuca się w oczy - Kraków turystami stoi i to raczej tymi tanio-liniowymi. W pupach i restauracjach tłumy, na ulicach dużo obcych języków a na każdym rogu miasta - hostel.
Widać, że zaczęto wykorzystywać Kazimierz, głównie na puby - w kamienicach, które jeszcze kilka lat temu stały opustoszałe, teraz znajdują się puby - polecamy taki mały wieczorny tour po nich - w porównaniu w ofertą Poznania naprawdę warto. Każdy inny, każdy zrobiony wg innego, przewodniego pomysłu.


Odnowiona część Kazimierza:



Krakowski rynek w jesiennym słońcu:

piątek, 7 listopada 2008

Barcelona !

Krótki pobyt w tym pięknym mieście dał mi duzo energii. Ciepło, zielono i dużo wolnego czasu - tego mi było trzeba. Zapamiętam na pewno wszystkie piękne budynki tego miasta oraz zielone palmy na każdym skwerze. Do tego port i morze !

Nie obyło się oczywiście bez przygód, tych negatywnych. Pierwszego dnia rozbił nam się aparat więc niewiele zdjęć nam pozostało ku pamięci. Za to dużo wspomnień !

wtorek, 14 października 2008

Ostatni pokój ukończony.

Jeszcze w piątek był "w budowie" i straszył tymczasowością.




Przez weekend trwały intensywne prace wykończeniowe. I pokój jest (prawie) skończony. M. położył podłogę, stare meble sosnowe zostały pomalowane na biało i trochę "postarzone".
Pokojowi brakuje jeszcze ostatniego szlifu, ale i na to przyjdzie czas.

Ma to być pokój dla gości. Nazywamy go "oliwkowym" ze względu na kolor ścian, zresztą bardzo udany.

Już w weekend miał swój chrzest-pierwsi goście przeżyli jakoś nockę.

niedziela, 12 października 2008

Grzybobranie.

Już wszyscy wiedzą, że grzybów w lasach zatrzęsienie. I ludzi zresztą też. Dotąd jeździliśmy na grzyby gdzieś daleko od domu. Zupełnie niepotrzebnie. Wczoraj poszliśmy na skróty - do lasu obok naszego domu i to w godzinach mocno popołudniowych. I było naprawdę pięknie.


Po chwili koszyk wyglądał tak:



I co zrobić z taką ilością grzybów ? Ostatnio raczę moją rodzinę sosami grzybowymi na umór, ale ile można.
I taaaaakie okazy się zdarzały.....



Niech mi jeszcze ktoś powie gdzie można znaleźć kurki (w sensie takie grzyby). Wiem - w tym roku już jest za późno, ale może chociaż na przyszły... Marzy mi się sos kurkowy.
A oto młody leśniczy ze swoją asystentką:)



piątek, 10 października 2008

Kwiaty wróciły do domu.

Całe lato spędziły na tarasie. Ponieważ zaczęły się już nocne przymrozki więc przyjęliśmy je do domu. Teraz stoją w każdym dostępnym, wcześniej wolnym, kącie.


To drzewko dostaliśmy w prezencie z informacją, że jest to chińska róża.
Po kilku dniach pobytu w ciepłym pomieszczeniu zaczęła pięknie kwitnąć, już drugi raz w tym roku. Kwiaty jednak w ogóle róż nie przypominają, bardziej kojarzą się z malwą. Muszę poszukać jakiś prawdziwych informacji na temat tego drzewka.



PS. No i znalazłam, wygląda identycznie:
Ketmia róża chińska (Hibiskus rosa-sinensis) - gatunek rośliny z rodziny ślazowatych (Malvaceae). Popularna roślina ozdobna pochodząca z Chin i wschodnich Indii.




wtorek, 7 października 2008

Mój dom jest moją twierdzą.

My house is my castle - tak mówią brytyjczycy. I niech tak zostanie, a że moja twierdza jest niewielka dlatego powstał "my small castle".

Ten blog ma archiwizować zmiany jakie zachodzić będą w naszym domu, który dopiero się "wykańcza". Za naście lat być może będziemy mieli materiał do wspomnień. Wtedy może nie będziemy już w nim mieszkać lub, co bardziej prawdopodobne, zmienią nam się gusta a większość rozwiązań w domu nie będzie nam już pasować.

A zaczęło się to tak... Dom był w zasadzie marzeniem małżonka szanownego. Nadal nie wiem czy zależało mu bardziej na domu czy na ogrodzie. Mi zupełnie odpowiadało mieszkanie w bloku. No i dałam się namówić. Oczywiście była to ogromna okazja, jak zwykle ;-) Teraz jednak, po zamieszkiwaniu w nim przez pół roku, nie wyobrażam sobie życia w innym miejscu.

Tak wyglądał nasz dom jeszcze dwa lata temu.
A to aktualna wersja.



Jeszcze dużo roboty, ale w końcu nie od razu Rzym zbudowano...